RSS
 

przeprowadzka

28 mar

Straciłam cierpliwość, wyprowadzam się stąd.
Od dziś zapraszam na kociamantra.blogspot.com

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

wordpress sucks

27 mar

Przeczytaj resztę notki »

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

haute couture

23 sty

wczoraj po powrocie z pracy zastałam julka w stadium zasypiania – dwie godziny później, niż zwykle, bo najczęściej kiedy ja wracam, mam czas na szybki prysznic i na obiad, a zaraz potem dziecię wstaje. ale tym razem niania powiedziała mi, że julek nie chciał jeść i nie chciał spać i w ogóle awanturował się cały dzień.

postanowiłam wykorzystać tę wyjątkową drzemkę młodego i po obiedzie rozłożyłam maszynę do szycia – od zeszłego weekendu szyję na raty sukienkę. józio dostał resztki materiału, które zostały po wykroju, i twórczo ich używa. modelem jest maniek :)

przewczoraj józio ubrał ojca w zestaw bransoletek, opasek i szaliczków,wczoraj natomiast stwierdził, że będzie realizował swój własny projekt, że to będzie t-shirt dla tatusia. jak postanowił, tak zrobił – dałam mu nożyczki i w ciągu 30 minut józio wyciął z tkaniny wycinankę kurpiowską.

kiedy tata wrócił z pracy, został usadzony na krześle i przymierzono mu „t-shirt”: józio zakleił taśmą klejącą wycięte wcześniej dziury i kwadrat 20×20 cm tą samą taśmą przykleił tacie na brzuchu. trzeba przyznać, że model okazał stoicki spokój, gdy stylista przy kolejnych przymiarkach wyrywał mu za włosy garściami za pomocą taśmy klejącej. ale to już wiemy: chcesz być piękny – cierp.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

józio pilnuje porządku

20 sty

siedzimy z józiem i julkiem któregoś popołudnia w salonie, każdy zajęty swoją rozrywką (julek rozkłada na części pierwsze ciężarówkę, józio buduje z klocków parking, a ja czytam). nagle twarz julka przybrała wyraz skupienia, a po chwili w pokoju rozszedł się znajomy fetorek. józek odwraca się do mnie i mówi z wyrzutem:
- mamo, zrobiłaś kupę!

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

…dogadać się jak polka z głuchym niemcem :)

19 sty

od trzech tygodni jestem znów w pracy i chociaż jak zwykle w styczniu roboty mi nie brakuje, to jednak zauważam postęp w porównaniu do lat ubiegłych. papiery mam pod kontrolą, sprawozdania zamiast w miesiąc z nadgodzinami, zrobiłamw  dwa tygodnie w normalnym czasie pracy – ot, błogosławiona rutyna.

nie bez znaczenia jest też to, że szef był przez pół grudnia i cały styczeń na urlopie, więc zajmowałam się tylko moją działką (działką kokainy, rzecz jasna) i niczym więcej – to robi jednak kolosalną różnicę.

***

od ponad tygodnia nie mamy na naszej ulicy jednej fazy. przez pierwszych kilka dni wszystkie generatory na ulicy wyły, a potem stopniowo wszyscy wpadli na ten sam pomysł – przełączyć generatory na moduł ręczny i jakoś się obyć bez prądu w kilku gniazdkach, do czasu, aż miejska prądodajnia usunie awarię. teraz strażnicy sąsiadów mówią mi, że już w poniedziałek ma być wszystko ok – ale to samo mówili mi tydzień temu, więc dobrze, że chociaż trochę tego prądu jest, bo można by oszaleć, że nie wspomnę o tym, że zupełnie spokojnie można by się udusić.

niestety, brak prądu w większości gniazdek oznacza, że lodówkę, mikrowelę, tv i zamrażarkę trzeba było podłączyć na przedłużaczach do tych jedynych dwu gniazdek, które jakimś cudem prąd mają. na dociągnięcie prądu do reszty sprzętów zabrakło nam przedłużaczy :p więc jak chcę nastawić pranie, szyć na maszynie albo skorzystać z netu, muszę włączać generator, który, rzecz jasna, obłsuguje wszystkie trzy fazy.

chciałam jeszcze podzielić się wrażeniami z ostatniego naszego plażowania. ponieważ od tego sezonu plaża jest sprzątana przez specjalistyczne traktory, można spokojnie zejść aż do oceanu i raczej nie wdepnąć w odłamki szkła lub inne syfy. kiedy maniek gra z siatkę, ja z józiem i julkiem schodzimy do wody, która o tej porze roku jest tak ciepła, że nawet ja się kąpię bez oporów.  józio zabawy w wodzie uwielbia, ale julek boi się oceanu i jak tylko schodzimy w dół plaży, czule dusi mnie za szyję i wgryza się swoimi wiewiórczymi siekaczami w mój obojczyk, żebym przypadkiem nie zamoczyła go choćby po kosteczki. zajmuje mu 30-40 minut, zanim się oswoi i pozwoli postawić się na piasku bez ryku – w tym czasie józio uskutecznie wszelkie szaleństwa, jakie są możliwe do uskuteczniania w wodzie po moje kolana, bo głębiej wchodzić mu nie pozwalam. ale kiedy już julciozaur pokona strach, bawi się świetnie i w efekcie po ostatnim weekendzie na plaży byłam znowu zjarana na czerwony październik, bo dzieci nie chciały wyjść z wody.

i jeszcze taka oto anegdotka. byłam w zeszły czwartek na przyjęciu – spotkaniu moich odpowiedników, czyli kierowników administracyjnych. co prawda jedzenie było słabe (dobrze, że doświadczeńsza koleżanka mnie uprzedziła i najadłam się przed wyjściem, bo bym była padła z głodu), za to ludzie przesympatyczni.

jedną z pierwszych osób, z którymi się przywitałam, była niemka. kiedy dawałam jej wizytówkę, ona skomentowała coś po niemiecku, a ja jej odruchowo odpowiedziałam – i poszło! kolejne półtora godziny rozmawiałam głównie z nią i jej mężem, który, jak się po chwili okazało, był absolutnie głuchy i czytał jedynie z ruchu warg. w pierwszej chwili myślałam, że ma wadę wymowy, bo mówił nieco niewyraźnie, ale po chwili on sam powiedział, że jest głuchy i że potrzebuje widzieć twarz rozmówcy, żeby rozumieć. i wyobraźcie sobie, że świadomość, iż on nie słyszy mojego potwornego akcentu, sprawiła, że czułam sie podczas tej rozmowy zupełnie swobodnie. nie powiem, drugie martini też pomogło :-) grunt, że byłam w stanie przez ponad godzinę prowadzić lekką i przyjemną rozmowę nie tylko na temat pogody i że rozumiałam wszystko, co moi rozmówcy mówili, chociaż kiedy chciałam sama coś powiedzieć, czasem brakowało mi jakiegoś słowa.

ogromnie mnie to ucieszyło, bo widać efekt mojego odkurzania niemieckiego przez ostatnie miesiące. co prawda nie mam za bardzo czasu na to, by usiąść z książką i robić ćwiczenia, ale codziennie w drodze do pracy i z pracy słucham w samochodzie książek audio, które kupiłam podczas wakacji u rodziców – i rozumiem je na tyle, że nie tracę wątku opowieści. kiedy jakiś fragment sprawia mi trudność, słucham go ponownie – do skutku, aż zrozumiem.

do tego rodowity brytol spytał mnie, gdzie uczyłam się angielskiego – a kiedy powiedziałam, że tylko w szkole i że nigdy nie byłam w jukeju, stwierdził, że to niewiarygodne. i to dwanaście lat po maturze, bez praktyki od lat blisko sześciu, moiściewy! :)

od nowego roku zaczęłyśmy z koleżanką lekcje francuskiego od poziomu zero, ale ponieważ obydwie uczyłyśmy się przez dwa lata w podstawówce i cośtam pamiętamy, a do tego, trzeba to sobie szczerze powiedzieć – jesteśmy cholernie zdolne, zatem idzie nam dużo szybciej, niż nasz nauczyciel się spodziewał. zdecydowanie wolę naszą prywatną grupę dwuosobową, niż kurs w szkole językowej – cena wychodzi nam nieco wyższa, ale uczymy się w tempie dużo szybszym, więc kurs przewidziany na rok pewnie zrobimy w semestr i w ostatecznym rozrachunku jeszcze oszczędzimy kasę – że nie wspomnę o oszczędności czasu, bo lekcje mamy w pracy po godzinach, więc nie musimy dojeżdżać do szkoły językowej.

ot co, kochani. tak oto żyjemy sobie w tej naszej afryce. w końcu to nie moja wina, że żyję w luksusie :-)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

z portugalskiej wioski

19 sty

pod koniec grudnia na urlopie w portugalii udało mi sie napisać notkę, ale dopiero teraz uświadomiłam sobie, że jej nie wrzuciłam na bloga, nie ma to jak refleks. oto ona:

słońce wstaje u nas późno, tj. ok. 7.30. o tej godzinie moje chłopaki (wszystkie trzy) co najwyżej przewracają się z boku na bok w ciepłych wyrkach, pochrapując, podczas gdy ja, matka polka, piję poranną kawę i czytam gazetę.

siostrzenica weterynarka mówi, że ma psa uwięzionego w ciele kota. maria – kotopies – biegnie na jej powitanie, gdy pani wraca z pracy, kładzie się brzuchem do góry i czeka na pieszczoty, łasi się, nie opuszcza pani na krok – brakuje tylko, żeby szczekała i aportowała.

wspominam o tej zamianie ról, bo i mnie to, spójrzcie, dotknęło: kto to widział, żeby żona portugalczyka zaczynała dzień od kawy i gazety? to portugalczyk tak zaczyna dzień, natomiast szanująca się żona zaczyna, kontynuuje i kończy dzień gotując, prasując, sprzątając, piorąc i zajmując się dziećmi – a w dzisiejszych czasach to wszystko plus praca zawodowa, bo przecież mąż portugalczyk sam rodziny nie utrzyma. natomiast mój mąż – kawy, owszem, napije się po obiedze, jak mu zrobię, a gazetę, owszem, poczyta – jak ja kupię sobie i nieopatrznie zostawię w kuchni.

niesamowite jest to, jak bardzo zmieniły się czasy i sytuacja ekonomiczna – a konkretnie to, że obecnie do rzadkości należą przypadki, gdy rodzina jest w stanie utrzymać godny poziom życia tylko z pensji ojca – a jak twardo przy tym utrzymuje się stara mentalność, że to jednak do kobiety należy obowiązek obsługi całości spraw domowych i rodzinnych, niezależnie od tego, czy pozostaje ona w domu przez cały czas, czy też pracuje zawodowo poza domem w takim samym wymiarze godzin jak mąż.

czynne lub bierne sprzeciwianie się takiemu podziałowi ról (on pracuje poza domem, ona i w domu, i poza domem) spotyka się z odczuwalnym potępieniem ze strony innych kobiet, szczególnie z pokoleń w wieku 50 lat wzwyż. jest dla mnie absolutnie niezrozumiałe takie strzelanie sobie w stopę i brak solidarności jajników. ale to już jest problem portugalek – ja mam samych chłopaków, wychowywanych do samodzielnego obsługiwania siebie, sprzątania i innych obowiązków, i nie będę o to suszyć głowy moim przyszłym synowym – znajdę sobie inny powód, żeby ich nienawidzić :d

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

kurtka, znowu wcięło mi wpis

19 gru

chciałam zatem tylko podsumować to, czego nie przeczytacie,  bo mi się ponownei nie chce pisać tego samego.

okratowaliśmy resztę okien i założylismy nowe żaluzje antywłamaniowe na wszystkich drzwiach, bo dwukrotnie jakies psie syny próbowały nam się włamać do domu. za pierwszym razem, zanim wybili okno, j-lo zdążyła zadzwonić po sąsiada, który w środku nocy w ciągu dwóch minut przybiegł z dubeltówką (policja zawiadomiona przez firmę ochroniarską dotarła w ciągu 15 minut), a  za drugim razem, kiedy próbowali wyważyć drzwi od kuchni i włączył się alarm, sąsiad sam przyleciał i mało brakowałao, aby gnoi ustrzelił. tak czy inaczej, nasz piękny widok na ocean jest teraz okratowany, a w piątek rodzina ma sie powiększyć o nowego pełnoprawnego członka – owczarka niemieckiego.

i tu ciekawostka – owczarek jest niemiecki nie tylko z nazwy, ale również z pochodzenia i wychowania. matka została sprowadzona z niemiec, wszystkie psy z tej hodowli są trenowane podług komend w j. niemieckim i hodowca stwierdził, że w zasadzie możemy do psa mówić, w jakim tam języku chcemy, ale najwygodniej i najskuteczniej będzie nauczyć się podstawowych komend po niemiecku.

oto ironia losu – po niemiecku będę mogła sobie w domu mówić do psa :)

józio z mańkiem wybrali dla owczarskiego imię „simba”, ale czuję, że ono nie oddaje w pełni jego ukrytych walorów. optowałabym bardziej za imieniem „von strom” albo „herr flick” :) albo przynajmniej „wichajster”, w  skrócie „wicher”, jak nakazuje nasza dobra rodzinna tradycja. tak czy inaczej, mogę sobie do psa mówić, co chcę – i tak nikt nie zrozumie i nei zakwestionuje :)

józio szaleje bez umiaru na rowerku, deskorolce i hulajnodze, bo pogoda jest świetna (grudzień prawie na krótki rękawek), za to julek zalicza upadki. pierwszego dnia wlazł na krzesło, po czym z niego spadł, nabijając sobie na czole guza. dziś natomiast zleciał z taboretu i przygryzł sobie język, zalewając słonymi łzami i krwią świeżo upraną bluzę. z wielkim trudem udało mi się go pocieszyć, bo to jednak cholernie niesprawiedliwe, jak mały człowiek spada i sobie coś obija albo przegryza.

józio rozkręca się i nadaje po polsku różne różności. na spacerze śpiewamy sobie piosenki i mówimy wierszyki – nie musimy się krępować, bo wokół same pola i nikt nas nie słyszy. ostatnio w drodze do domu z kawiarni (bo józiowi za dobre sprawowanie należał się soczek i ciastko) oglądaliśmy szopkę na podwórku sąsiada. pokazuję józiowi:

” to jest maryja, to józef, dzieciątko jezus, a obok wołek i osiołek…”

„mamusiu – pyta dziecko poważnie i po namyśle – a gdzie jest żaba?!”

słusznie, żaby ani widu, ani słychu, a kto powiedział, że w stajence nie było żaby? na pewno była – w końcu żaba też człowiek.

rozkręca sie też lingwistycznei julczyński. stwierdzam z dumą (jak każda inna durna matka porównująca swoje dzieci z innymi), że zasób jego słwonictwa jest dużo bogatszy, niż o pół roku starszej kuzynki, która nas dziś odwiedziła. julek bardzo sprawnie się komunikuje: mama, papai albo tatai (taka mieszanka polsko-brazylijska), ze (józek), mano, bandzi (bungee, czyli wygłupy z tatą), baniu (banho – kąpiel), bananka (wiadomo), bam! (też wiadomo), nie!!! (tym bardziej wiadomo), a-ka (anda ca, czyli „chodź tu” – identycznei jak józio w jego wieku) oraz „ciao”. a przy tym komunikuje fakt zwalenia kupy: staje w rozkroku, macha ręką, jakby rozpędzał swąd, i oświadcza „fuuuuu!”. bardzo wieką dumą mnie napawają moje mądre dzieci :)

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

pamdoktorze łaskawy

04 gru

józio wszedł w etap twórczej interakcji z jężykiem polskim, co mnie osobiście dostarcza wiele radości. każdy z nas swego czasu przerabiał słowa, których nie rozumiał („stantart”, „parting” itp.), a u józia dodatkową trudnością jest to, że jednak polski nie jest jego pierwszym, intuicyjnym językiem – najszybciej i najczęściej sięgnie po portugalski.

ale mimo tego józiowy repertuar powiększył się jakiś czas temu o „jedzie pociąg z daleka”. i tu józio uzupełnił sobie to, co mu nie pasował:

„pamdoktorze daleko
na nikogo nie czeka
pamdoktorze łaskawy
zabierz nas do warszawy”.

jakoś słowo „konduktor” po polsku mu nie wchodzi, chociaż po portugalsku brzmi prawie identycznie.

świetnie jest też oglądać nasze dzieci w akcji i przekonać się naocznie, że niezależnie od komputerów (do których józio ma dostę jedynei w celu obejrzenia dobranocki), technologii, kablówki itp., wciąż najbardziej ukochane są te najprostsze zabawy: budowanie torów kolejowych i wieży z drewnianych klocków, budowanie kryjówki z poduszek, prześcieradeł i krzeseł, kopanie piłki, rysowanie, malowanie, zabawy plasteliną, pomaganie w robieniu ciasta… czyli to wszystko, co zajmowało nas jako dzieci, kiedy kablówka nie była alternatywą.

a teraz, podzieliwszy się powyższą refleksją, idę do pracy przez ciemny las, a tym ciemniejszy, że wczoraj ni stąd ni zowąd włączył się wyjec alarmowy i nie dało się go wyłączyć. być może wył całą noc – dalismy sobie spokój i poszliśmy do domów. a dziś jako pierwsza będę musiała zmierzyć się z problemem – i chce mi się jak pamdoktorze łaskawy, zwłaszcza, że telefon serwisanta wczoraj nie odpowiadał i jest szansa, ze dziś też mogę dzwonić do niego cały dzień bez skutku. och, boże w niebiesiech…

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

po rozwodzie i porzucona

03 lis

wczoraj wieczorem zadzwonił znajomy, którego od czasu przeprowadzki biura nie widziałam – dawniej byliśmy sąsiadami. zadzwonił, bo miał problem z generatorem, a takimi rzeczami u nas zajmuję się ja, więc obiecałam dziś przywieźć mu ekipę. generator generatorem, ale zdziwił mnie trochę przydługawy wstęp, jaki znajomy mi zafundował: a jak ja się czuję, a jak sobie radzę, a jak się mają moi chłopcy… hmm.

dziś przed południem przywiozłam im obiecanych techników, którzy akurat skończyli przegląd generatora u nas w domu. znajomy zajął się technikami, a ja i julcio zeszliśmy na dół do znajomej na ciasto i kawę. no i tutaj znowu – a jak się czujesz, a jak sobie radzisz, a gdzie jest józio… odpowiadam, że ja mam się świetnie, a józio z tatą w portugalii. „acha…” i kolejne badawcze spojrzenie, i kolejna seria pytań. w końcu znajoma nie wytrzymała i wypaliła: bo myśmy słyszeli, że ciebie mąż zostawił samą z dwójką dzieci, że znalazł sobie inną kobietę… tak mi przykro, co za drań…

????!!!
a kiedy, zapytałam uprzejmie, miałby sobie tę inną kobietę znaleźć, skoro co wieczór wraca do nas do domu?

od słowa do słowa, doszłam do tego, z kim mnie autor tej plotki pomylił. ale pierwsze wrażenie niesamowite – przez chwilę poczułam się jak w tych amerykańskich filmach, kiedy to żona dowiaduje się o romansie męża ostatnia, podczas gdy wszyscy wokół doskonale wiedzą ba, wręcz byli na chrzcinach jego trójki nieślubnych dzieci…

na wszelki wypadek muszę mańka zapytać o aktualną kochankę – w końcu wstyd, żebym dowiadywała się od obcych ludzi :)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

włamanie do świętej latryny

30 paź

oglądamy sobie z julkiem film „król artur” i właśnie rozgrywa się scena wejścia armii artura do jakiejś tajnej świątyni, najpierw rozbili posąg przed wejściem, a potem żołnierz/rycerz zwraca się do dowódcy i oświadcza: it’s locked, from the inside…

i jak tu nie pomyśleć o latrynie?!

***

przybyłam dziś do pracy świtkiem koło 7.00, jak co dzień, a tu strażnik oświadcza mi,  że generator nie działa. prądu z miasta ofkors więcej nie ma niż jest, więc od pięciu godzin biuro jest bez prądu. centralny ups padł był, bo miał święte prawo paść pierwszych dwóch godzinach. zadzwoniłam po techników, pojawili się w tempie ekspresowym jak na luandę i o 10.00 miałam znowu prąd w biurze – ale tylko na linii starej. wszystko, co idzie przez nową instalaję i centralny ups, było wyłączone. bez internetu, bez systemów, na których normalnei pracujemy, w zasadzie mogłabym zamknąć biuro i odesłać wszystkich pracowników do domu – ale zdawałam sobie świetnie sprawę, że jutro rano zastanę ten sam problem i nikt go za mnie nie rozwiąże.

wykonałam więc kilkanaście telefonów w różne strony świata, zlokalizowałam naszych techników w warszawie, egipcie i macedonii, podłączyłam wg instrukcji jedne kable, rozłączyłam inne, przełączyłam to i owo, zresetowałam programy i komputery i oto o 14.00 wszystko funcjonowało już mniej więcej prawidłowo, w  każdym razie dało się pracować.

przypominam wiernym czytelnikom, iż z wykształcenia jestem pedagogiem, a nie elektrykiem, hydraulikiem i informatykiem. czuję wewnętrzny opór przed grzebaniem się w kablach, przed wchodzeniem od kuchni do programów komputerowych, naprawianiem spłuczek od kibla – a i tak to robię, z miłości do ojczyzny.

dość, że straciłam większość dnia na naprawianiu i doprowadzaniu do porządku systemów, które sa mi niezbędne do pracy. na samą merytoryczną pracę miałam dziś jakieś 2 godziny – niewiele udało mi się przez ten czas zrobić, ale cośtam zawsze na długiej liście odhaczone. i już przy wyjściu z biura – telefon z centrali, i kolejne pół godziny wyjasnień, ustalania, co już im wysłałam parę miesięcy temu, a czego jeszcze potrzebują, i znowu wychodzę po 9,5 godziny zamiast po 8.

nie ma prądu z sieci miejskiej po 20-30 godzin z rzędu. huk generatorów ogłusza nas i w pracy, i w domu, nie ma kiedy i jak odpocząć; smród spalin na ulicach jest nie do zniesienia. od dwóch tygodni głowa mi pęka.

***

mamy na ulicy od kilku miesięcy nowego wariata. mieszka w ruinach domu kilkadziesiąt metrów od nas. w sumie jest nieszkodliwy – chodzi z różańcem na szyi, śpiewa, myje samochody, a kiedy mu się nudzi – idzie na skrzyżowanie na początek naszej ulicy i kieruje ruchem. nie jest to wielkie skrzyżowanie, dwie jednokierunkowe ulice, po jednym pasie każda – ale zatłoczone. a on się w tę rolę naprawdę wczuwa – zatrzymuje jednych, puszcza innych, ma nawet gwizdek. dobra strona jego hobby jest taka, że zawsze przepuszcza najpierw samochody z naszej ulicy, więc krócej stoję w korku :) a przy tym, kiedy rozpozna mieszkańca naszej ulicy i zatrzymuje ruch, żeby mógł przejechać, staje na baczność i salutuje. normalnie bomba :)

przyszedł do mnie w ponidziałek, kiedy wracałam z julciem z zakupów, i poprosił o wodę do wiadra. powiedział, że cysterna przyjeżdża do nich dopiero po południu – i tu uśmiechnęłam się w duchu: jaka cysterną, dobry człowieku? napełnienie zbiornika kosztuje do 150 do 300 usd, pieniądze, których ten nieszkodliwy wariat w życiu w takiej ilości na raz nie widział. ale zachowuje konwencję: do wszystkich domów co jakiś czas wodę trzeba dowieźć cysterną – to do niego też. mimo tego, że w tym domu nie ma dachu, nie ma też prądu, pompy wodnej i zapewne zbiornik też jest nieczynny od kilkunastu lat. pozwoliłam napełnić wiadra, nasz zbiornik jest pełen pod kapsel, nam nie zabraknie, bo co dwa trzy dni woda z sieci jednak już się pojawia i uzupełnia zapasy w zbiorniku.

***

józio z mańkiem znowu się bezwstydnie wakacjują, zostawiwszy nas z julciem na pastwę pory deszczowej, błota, wyjących generatorów i innych lokalnych atrakcji. julek na widok jozia i taty przez skajpa dostaje małpiego rozumu i ledwie co mi komputera nie rozniesie. na koniec zawsze wyciąga rączki, żeby go tata wziął na ręce – a tu okazuje się, że przez skajpa się nie da… i co wieczór przeżywa dziecko kolejne rozczarowanie.

nudne to nasze życie, dom praca, praca dom. a to, co nam się tu ciekawego przydarza, to muszę cenzurować, żeby się kto ważny nie obraził, hihihihi :)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS