przeszłam dziś niechcący inicjację w zakresie prowadzenia na boso.
pojechaliśmy z julczyńskim w odwiedziny do mojej koleżanki, która rekonwalescencjuje się po operacji kręgosłupa, w związku z czym jest mało mobilna, za to chętnie przyjmuje gości i potrzebuje moralnego wsparcia. wiadomo, że nieocenione jest wsparcie w postaci uroczego młodego człowieka, który co prawda ma sraczkę i odparzony tyłek, co wzbogaca chwilę przewijania w dramatyczne wycie i wicie, za to człowiek ów młody rozsyła najcudowniejsze uśmiechy świata i podgryza kabelki z wdziękiem, którego mogłąby mu pozazdrościć sofia loren. ot co.
dojazd do bloku owej koleżnki jest koszmarny, już kiedyś go opisywałam. teraz jest minimalnie lepiej, bo właśnie skończyła się pora deszczowa i widać dziury w tym czymś, co kiedyś było jezdnią, a teraz przypomina chujwico. w porze deszczowej jedzie się przez jezioro, z wodą nieraz do wysokości drzwi, i modli się, żeby nie wpaść w jakąś większą dziurę - studzienkę bez pokrywy, na ten przykład.
koleżanka chciała mi pokazać drogę powrotną inną trasą (tez dziurawistą, ale krószą), weszłyśmy więc na dach, żeby zobaczyć z góry okolicę. i akurat jak wychodziłyśmy na taras, urwał mi się pasek od klapka - historycznego 6-letniego klapka, pierwszego buta w stylu prawdziwie afrykańskim, jakiego sobie kupiłam jeszcze w polsce przed wyjazdem, klapka, który był powodem bezlitosnych kpin ghandzi. klapek trzymał się świetnie aż do dziś, złote tasiemki zdobiące paski nie wyblakły i nie odpadły przez 6 lat, podeszwy pierwsza klasa, nic nie zdarte, a genialny był też pod tym względem, że można go było bezkarnie prać i szorować szczotką, w wodzie z mydłem - i po takiej kapieli klapek zawsze jak nowy, tworzywo, z którego zrobiona była wyściółka, odzyskiwało oryginalny kolor. a dziś po prostu klapiszon się rozkleił - i bądźmy szczerzy, po 6 latach miał prawo.
w drogę powrotną zatem udałam się boso, modląc się w duchu, żeby mi samochód w jakimś kraterze nie utknął, bo nawet nie będę mogła wyjść z samochodu w to całe gówno/błoto studzienkowe, żeby zawołać jaką młodzież do ewentualnego wypchnięcia suzukiego z ewentualnej dziury.
ale dojechaliśmy bez problemu. wysiadłam, żeby otworzyć bramę, strażnicy sąsiadów bez zdziwienia przyjęli fakt, iż śmigam na boso (odwaliło babie albo ją napadli i zabrali buty, pomyślał sztyrlic), a potem tylko nieco dłużej niż zwykle szorowałam te czarne stopy.
ot i kolejne doświadczenie.
skomentuj (0)
znowu w pracy. bleah! to chyba nie wymaga komentarza. a może wymaga?
oto zatem komentarz: przez ostatnie 5 lat (bo za miesiąc stuknie dokładnie 5, plus 3 miesiące na praktyce, więc w zasadzie to przekroczyłam już tę magiczną granicę) ta praca zdążyła mnie najpierw zafascynować, zmotywować i dowartościować, a potem już z górki - zmęczyć, rozczarować, kilkukrotnie sprowadzić na ziemię w sposób brutalny (aż huk tyłka walącego o grunt słychać było w sąsiednim powiecie), zszokować, wielokrotnie skłonić do głębokiego namysłu pt. "co ja tu k... robię?!", postawić w sytuacji bez wyjścia, pozostawić bez żadnego wsparcia z zadaniami przekraczającymi moje kompetencje, pozostawić z ilością zadań, która absolutnie nie mieści się w 8-godzinnym dniu pracy, zatem i kompetencje mogłam sobie wsadzić, bo na nic one, gdy dnia nie starcza; zadziwić tolerancją dla bezczelności jednych oraz ich bezkarnością, równolegle z niedocenianiem pracy osób naprawdę wartościowych...
codziennie bez żalu wychodzę z biura i jak na skrzydłach mknę do moich józio-julków.
skomentuj (0)
poszliśmy z tatą przedwczoraj do jednego sklepu rtv/agd w celu rozpoznania cen przenośnych odtwarzaczy dvd, ponieważ chciałam takowy zakupić józiowi, aby odczepił się wreszcie od mojego komputera, w którym co jakiś czas demontuje klawiaturę, gdy sie zapatrzy w bajkę (tak jak inni nieświadomie drą papierki na strzępki albo pękają bąbelkową folię).
poprosiliśmy o pomoc sprzedawczynię, której wiedza, jak się szybko okazało, ograniczała się do tego, co było napisane na karteczkach obok sprzętu - a tośmy już chwilę wcześniej przeczytali.
dziś zaś podreptaliśmy do drugiego sklepu. wjechaliśmy na pięterko komputerowe i tam przyszło mi do głowy, że może zamiast prostego odtwarzacza dvd zakupię coś nieco bardziej zaawansowanego, może jakiś mały komputer - może to bardziej przyszłościowe, w końcu za chwilę józio osiągnie wiek, w którym komputer stanie się narzędziem do zabawy i nauki. jako że oboje z tatą jesteśmy w temacie zieloni, zapytaliśmy sprzedawcę. odpowiedział nam w języku całkowicie dla nas niezrozumiałym - i nie chodziło tu o niemiecki. sformułowałam zatem pytanie w inny sposób - mam dzieckow takim to a takim wieku, poszukuję prostego sprzętu, który spełniałby takie to a takie funkcje, a przy tym nie przekraczał ceny x. pan ponownie odpowiedział nam w taki sposób, że pozostaliśmy ciemni jak tabaka w rogu. pokiwaliśmy głowami z udanym zrozumieniem, po czym zjechaliśmy na pięterko z odtwarzaczami dvd i wybraliśmy model sympatyczny, z wystarczająco jasnym opisem, w średniej cenie. józio zatem będzie obsłużony na najbliższe dwa lata i na pewno bardzo się ucieszy, ja natomiast mam taką refleksję:
gdyby sprzedawca był mi doradził zgodnie z zadanym pytaniem, odpowiadając w sposób dla mnie, laika, zrozumiały, byłam gotowa wydać nawet trzykrotność tejże kwoty. to nie ja powinnam się czuć zakłopotana, że nie znam się na sprzęcie technicznym, tylko sprzedawca powinien się wstydzić, że nie umiał klientowi doradzić. ot co.
skomentuj (5)
aktualizujemy kocino-julkowe przygody na europejskich ścieżkach.
spędziliśmy w polsce dwa tygodnie, z czego ponad tydzień na głowie cioci misi, a parę dni na wycieczce na północ. pokazaliśmy w wielkim skrócie naszemu szwagrostwu kolebkę kociności, czyli kłopotkowo, ale i malbork, i nieco gdańska i sopotu, a także odrobinkę warszawy.
nieprzewidzianą atrakcją wyjazdu okazała się infekcja rotawirusem, którego julczyński podłapał od bidulka krugera. na szczęście przeszedł chorobę lekko i szybko, skończyło się na kilku spektakularnych rzygach i tyluż atakach niepohamowanej sraczki. ciocia s. przyjęła nas na swoim nocnym dyżyrze w szpitalu wejherowskim, przez okno balkonowe izby przyjęć, czyli tak jak lubimy: tajemniczo, by nie rzec - masońsko. obadała, osłuchała i zdiagnozowała, za co raz jeszcze wyrażamy nasza wielką wdzięczność.
jednocześnie ciocia f. otrzymała pseudonim "brzuchomówca z rzeszowa". otóż samochód, który wynajęłam, miał rejestracje rzeszowskie, mimo że firma zrejestrowana jest pod warszawą. nie robiło mi to żadnej różnicy, ale przez to traktowani byliśmy wszędzie, łącznie z miastem rodzinnym, jako przybysze zza województwa, stąd też względne zrozumienie u innych kierowców, gdy kilkukrotnie zmienialiśmy pas, nie mogąc się zdecydować, czy w lewo, czy w prawo (pieprzony gps).
oddział dziecięcy, na którym przyjmuje ciocia s., objęty jest kontrolą dostępu, czyli kierowca każdego samochodu przejeżdżającego przez bramę jest przez strażnika odpytywany na okoliczność. tak się złożyło, że gps pokierował nas na dolny parking, na inny oddział, gdzie dopiero pielęgniarka skierowała nas do właściwego budynku. żeby już nie zapinać zaspanego juleczka w fotelik na ostatnie 50m jazdy, wzięłam go na kolana i usiadłam z tyłu, a ciocia f. za kierownicą. zatrzymałyśmy się przed bramą, ze stróżówki wyszedł strażnik, ciocia f. opuściła szybę w samochodzie i grzecznie się do niego usmiechnęła.
strażnik pyta: "pani na oddział dziecięcy?"
ciocia f. milczy i nadal grzecznie się uśmiecha, a ja zza jej pleców odpowiadam: "tak, na dyżur z chorym dzieckiem".
strażnik lekko skonsternowany, bo kierowca nie otworzył ust, a odpowiedź było słychać - a do tego w ciemnościach wejherowskiej nocy widział wyraźnie, że fotelik dziecka jest pusty. mnie na ukos za plecami f. nie zauważył. zapytał więc jeszcze raz: "pani z dzieckiem na oddział pediatryczny?" i znowu otrzymał tę samą odpowiedź, a tajemniczo uśmiechnięta kierowczyni nie otworzyła ust. widzę rosnące zmieszanie strażnika, więc uchyliłam moje okno i mówię głośno: "ta pani nie mówi po polsku, dziecko jest tutaj, jedziemy na dyżur na oddział dziecięcy" - strażnik wyraźnie odetchnął z ulgą (a już sobie pewnie w duchu obiecał - nigdy więcej siwuchy na nocnej zmianie...), a my podjechałyśmy pod właściwy budynek.
wakacje w polsce upłynęły jak z bicza trzasnął, a teraz znów jesteśmy w acheńsku. julek doszedł juz do siebie, je ze zdwojonym apetytem i tylko w nocy męczą go trochę kolki, ale i to w coraz mniejszym stopniu.
na koniec anegdotka. dziadkowie kupili julkowi szczura z ikei, identycznego, jak sławetny szczur, którego dostał od rodziców w prezencie kondziorek. i tu ojcu objaśnił mi, jak to szczurowi kondziorskiemu p. i s. stworzyli cały życiorys, charakter, przygody, słowem - niepowtarzalną osobowość. kiedy ojcu zapytał s., gdzie kupili szczura, ta mu odpowiedziała: "tak w ogóle to szczur urodził sie w ikei, ale jakbyś posłuchał, co on sam na ten temat wygaduje!" :)
skomentuj (2)
od ponad tygodnia siedzimy na głowie cioci misi, ale na swoje usprawiedliwienie mamy to, że w zamian ją tuczymy. a jak już będzie tłuściutka i paluszek jej wystawiony przez kratę będzie grubiutki - to ją wtedy zjemy.
wczoraj dotarło do nas szwagrostwo zagramaniczne, więc jutro o świcie jedziemy na północ. o świcie, taaa... co ja jeszcze robię przed komputerem?!
skomentuj (4)
siedzimy z julczyńskim u dziadków już 6 dni. julek systematycznie, czasem i trzy razy dziennie, zasmradza atmosferę, znaczy, służą mu zupki marchewkowo-brokułowe.
wydajemy ogromne ilości pieniążków na zakupy wszelkiej maści, od ubranek dzieciowych po gofrownice. usprawiedliwiamy sie tym, że i tak mieliśmy to kupić, a u nas albo połowy artykułów nie ma, albo są koszmarnie drogie - więc po prostu wydajemy w ciągu miesiąca tyle, ile wydalibyśmy w ciągu roku, a nastepne zakupy za rok :)
podbudowuję się systematycznie, bo tutejsza s-ka jakaś taka większa, niż by się człowiek do s-ki przyzwyczajony spodziewał. kupiłam płaszczyk rozmiar 34 i pasuje jak ulał, co byłoby zdecydowanie niemożliwe w sklepach portugalskich. w sklepach angolskich tym bardziej, hihihi, bo tam nie sprzedają płaszczyków :)
julczyński zadowolony, bo mimo takiej sobie pogody tyle tutaj przebywa na dworze, ile w luandzie nazbierałoby się przez długie tygodnie. awanturuje się, kiedy go usadzamy w wózku, bo wolałby na rączkach, pańskie dziecko - ale i tak urządzamy sobie bardzo przyjemne wietrzenie.
a teraz d...w trokii na kolejne zakupy!!! :P
skomentuj (0)
pierwszy etap wielkiej podróży już za nami.
na lotnisku, przed bramką, zostaliśmy z julczyńsim zaproszeni przez obsługę do wydzielonej części poczekalni dla klasy biznes - bardzo nam się to podobało, bo nie musieliśmy się nigdzie przepychać. co prawda nasze doświadczenie w podróżach jasno wskazuje na to, że nigdzie przepychać się nie musimy, bo wszyscy ustepują nam pierwszeństwa - ale zawszeć był to bardzo miły gest obsługi lotniska.
lecieliśmy samolotem pełnym pijanych nafciarzy, którzy rano zeszli z platform, do popołudnia pili, a nastepnie w stanie mocno chwiejnym zostali przez swoje firmy odstawieni na cotrzymiesięczny urlop w kraju, przy czym pijacki skład był niemiecko-rosyjsko-polski.
julczyński najpierw szalał niemal do północy, a potem jak odpadł, tak spał nieprzerwanie do 6.00.
we frankfurcie w kolejce do odprawy granicznej - kolejce na jakies 400 osób - staliśmy może dwie minuty, bo jak tylko doszłam do tłumu i zorientowałam się, że nie ma osobnej priorytetowej kolejeczki dla niepełnosprawnych, kobiet w ciąży i rodziców z małymi dziećmi - ustanowiłam sobie taką kolejkę sama, za pomocą magicznych dwóch słów: "przepraszam" i "dziękuję". tłum rozstępował się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, a ja po drodze zbierałam inne kobiety z dziećmi na ręku - wiadomo, jak kolejeczka, to nie może być jednoosobowa :)
zanim doszliśmy do sali odbioru bagażu, nasze walizki już sobie leżały na pasie. musieliśmy tylko wydobyć wózek bagażowy za kaucją 2 euracze (skandal!), a chwilę potem już czekali na nas babka i dziadyński.
dojechaliśmy do akwizgranu, oporządziliśmy się, julek wyfroterował babce podłogę, potem pojechaliśmy po pieluchy. po drugiej dawce szaleństw i froterki dziecię odpadło na dobre i śpi od godziny.
za to nasza seniorka rodu kończy dziś 91 lat. serdecznie gratuluję i chylę czoła :)))
skomentuj (0)