...to po prostu julcio. ciepłe pulchniutkie paluszki, które smyrają mnie po boku podczas karmienia albo zaciskają się na moim ramieniu, rozkoszny uśmiech bezzębny, słodkie dołeczki w okrąglutkich policzkach, entuzjastyczne wykrzykiwanie, gdy się z nim bawimy, chichot i gulgotanie, gdy go gilgoczemy albo podrzucamy, zadowolone mruczenie, gdy ssie cycka, mruczanki-kołysanki, które sam sobie śpiewa podczas usypiania...
ech, kij z tym, że dziś budził się w nocy co dwie godziny, bo katar podtykał mu nos; kit z tym, że jest coraz cięższy i czasem stawy łokciowe już mi się dają we znaki po dłuższym noszeniu, kit z tym, że nie mam zupełnie czasu dla siebie - bo te moje dzieci to jest najlepszy prezent, jaki mogliśmy sobie z mańkiem zrobić. są po prostu bezgranicznie cudowne :)
skomentuj (0)
na plaży 2012-01-24 05:53:30
podczas coniedzielnej wyprawy na plażę józio gotuje mi z piasku zupy, kurczaczka, makaron, ryż, sałatkę, a na deser lody i ciasto. wszystko pyyyyszne. piecze to w piecyku (pod ręcznikiem za moim leżakiem), a potem chowa do lodówki (pod leżakiem). ostatniej niedzieli spojrzał na mnie czule i stwierdził: "mamusia jest gruba. a teraz jedz zupę."
skomentuj (1)
- ja pier...ę, mamusiu, braciszek się obudził...- oświadczył józio pogodnie wspinajac sie po schodach. "no to tyle z nieużywania polskich brzydkich wyrazów", pomyślałam, ale nie zareagowałam, żeby nie sprowokować efektu wzmocnienia. do tej pory józio co najwyżej zaklął sobie po portugalsku, bo tata się zupełnie nie cenzuruje, ale mi się "upiekało". no to - skończyło się upiekanie, zwłaszcza, że kolejnego dnia józio sfrustrowany jakąś śrubką, która nie chciała się wkręcić, zamruczał wściekle: "kurnwa!"
zaczęłam się ostro pilnować i od tygodnia żadnych nowych incydentów werbalnych. no, zobaczymy, jak długo.
skomentuj (3)
dotarliśmy do luandy bez problemów - lot upłynął (przeleciał? :) spokojnie, chłopaki się wyspali, po przylocie wszystkie nasze walizki wyszły jednym rzutem po 15 minutach, a po kolejnych 15 odebrał nas kierowca, niezastapiony simbento. w domu czysto (pani fatima zajrzała tu ze dwa razy), wszystko działa, woda jest, prąd jest (tfu, tfu), studzienki nie wybiły (tfu, tfu, tfu!!!).
po naszych przeziębieniach nie ma śladu. jednak wystarczy wyższa temperatura (wyższa o jakieś 20 stopni, bo w lizbonie było ok. 12-14) i większa wilgotność powietrza, momentalnie następuje poprawa, bo to działa jak permanentna inhalacja :)
co do sylwestra - poszliśmy na kolację do tradycyjnej wsiowej knajpki. jedzenie było smaczne, cena umiarkowana, o północy szampan i rodzynki (portugi zjadają 12 rodzynek i wymyślaja do nich życzenia, cos jak zdmuchiwanie świeczek na urodzinowym torcie), a do domu mieliśmy 15 minut, więc w ogóle super, bo o 1.00 byłam już w łóżku. józio odpadł o 21.00 i nie obudził się nawet na składanie życzeń, za to julek zasnął o 20.00 i obudził się kwadrans przed północą, a pół godziny potem już znowu smacznie chrapał - ma chłopak wyczucie chwili. przy wejściu do restauracji piękna się nam wyglebałą jak długa - nie zauważyła jednego schodka, chociaż był szerokie i dobrze oznaczone. na szczęście nic się nie stało, tylko najedliśmy się strachu, bo w jej wieku takie upadki są niebezpieczne.
teraz mam jeszcze tydzień w domu, a potem wracam do pracy. nawet mnei to jakoś specjalnie nie martwi - choć na pewno odczucia te zmienią się po pierwszym tygodniu kieratu. nic to, maniek z józiem jeszcze śpią, julek już śpi, bo wstał o 7.00 i już upiekliśmy ciasto oraz zwalił kupsko-gigant, więc umówmy się, że juz się chłopak napracował. ja tez bym sie teraz zdrzemnęła, ale jak znam życie - jak tylko sie położę, zaraz mnie zbudzą, bo w końcu matka nigdy nie jest zmęczone, jest przecież na URLOPIE.
aaa, no własnie, józio mnie ostatnio rozbroił. coś tam chciał ode mnie, a ja akurat robiłam coś innego - myłam naczynia czy składałam ubrania - więc mówię mu: poczekaj synku, muszę skończyć, rzeczy nie zrobią się same. a na to józio: mama zrobi.
szczerość i bezpośredniość dzieci jest bezcenna i z wiekiem zanika, więc niech nas cieszą te krótkie chwile :)
skomentuj (0)
śmierdzę już kolejny dzień, bo zapodaję sobie kubek mleka z miodem i czosnkiem rano i wieczorem - ale efekt jest piorunujący. po pierwszej wieczornej dawce obudziłam się wreszcie z czystym nosem, a mój czule hodowany zielony glut zmienił barwę na bladożółtawy, aby po kolejnej, porannej dawce całkiem zniknąć.
co prawda smarkam się jeszcze odrobinę, ale jest to nieszkodliwy glut przezroczysty. julek i józio też zdecydowanie lepiej - józiowi ograniczyliśmy terapię do inhalacji z eukaliptusa, julek zaś oprócz inhalacji dostaje mleko czosnkowe, hehehe, chce czy nie chce. ale nie skarży się, ssie czycka ze swoim zwyczajowym entuzjazmem.
nie przypominam sobie, żeby kiedykolwiek zdarzyło mi się tak szybkie ozdrowienie po konwencjonalnym antybiotyku. niech żyje czosnek!!
podobnie jak ghandzia, uskarżam się na przypadłość słabej pamięci - wokół dzieje się tyle zabawnych, absurdalnych, montypajtonowskich rzeczy, a ja w chwili, gdy siadam przed ekranem, mam pustą głowę i wiatr w niej hula. ale za to podzielę się wydarzeniem z gatunku nie absurdalnych, lecz wzruszających.
otóż parę dni temu józio oświadczył, iż chce przytulić braciszka (którego akurat trzymałam na kolanach). a kiedy go zachęciłam, objął czule julka i powiedział: "kocham cię!". czystą piękną polszczyzną, bez obcego akcentu, bez namawiania, bez podpowiadania - sam z siebie powiedział! to był zupełnie pierwszy raz! bo do tej pory to ja mówiłam na zmianę jednemu i drugiemu: "kocham cię!" - i proszę, dobry przykład zaowocował całkiem spontanicznym wyznaniem uczuć braterskich :)
z wydarzeń domowych - wyłowiłam dziś rano z kaszki przygotowanej dla jozia przez j-lo, ni mniej ni więcej, tylko młodsze wcielenie karalucha słupnika albo innego ich krewniaka. to była już ostatnia łyżeczka papki, wydłubałam samobójcę i pokazuję pięknej, a ona mi na to, że to rodzynka. więc pytam, od kiedy to rodzynki mają nogi? po długim monologu ustaliła bezsprzecznie, iż robaczek musiał być w rodzynkach, bo stoją w spodeczku na stole niczym niezakryte, podobnie jak orzechy i figi. taki portugalski świąteczny zwyczaj - rodzynki i orzechy na dobre sranie, a robaczki na niedobory białka. oczywiście rodzynki nadal stoją odkryte na stoliczku, więc jutrzejszą papkę robię sama :P
korzystając z samotnych 30 minut rano w kuchni wypinkoliłam z lodówki jedzenie, które stało od świąt i zaczynało obrastać pleśniowym mchem. nie wiem, czy się piękna zorientowała, ale pewnie nie, bo dziś znowu nagotowała jak dla armii - i oczywiście talerz dla synka przygotowała i odstawiła osobno do piekarnika, bo nie daj boże się synowa rozpędzi i wszystko zeżre sama, i co? synek będzie głodny? nie do pomyslenia! za każdym razem, gdy to widzę (czyli codziennie), śmieję się w duchu, bo z tego, co j-lo zostawia w garnkach dla mnie i józia, nie zjadamy nawet połowy. tym mniej ma to sensu, gdy maniek uprzedza, że nie będzie na obiedzie, tak jak dzisiaj. ogromne ilości żarcia się psują, bo nikt tego nie przeje - tym bardziej, że ja nie jem kolacji portugalskich złożonych z zupy, dania głowego i deseru - najwyżej kanapkę i herbatę. ale to już są takie starcze naleciałości pieknej i żadne zdroworozsądkowe tłumaczenie niczego nie zmieni.
józio szaleje na swoim placyku zabaw, gdzie tata zamontował huśtawkę, zjeżdżalnię i różnej wysokości drążki, julek zaś zapadł w popołudniową drzemkę. zupełnie wykątkowo wypiłam spokojnie kawę i zrobiłam przegląd rzeczy do zabrania - bo wylatujemy w środę wieczorem. jak się zdarza takie spokojne pół godziny, kiedy żadne z dzieci nic ode mnie nie chce, to aż sobie nie mogę znaleźć miejsca, hehehe :)
skomentuj (5)
to nieprawda, że jak ciepły kraj, to się człowiek nie przeziębia. jesteśmy na to kolektywnym zasmarkanym kaszlącym dowodem - ja, józio i julek, czyli bupa i choca. ja to sobie jeszcze mogę wytłumaczyć niedogodności, budzenie się w zatkanym nosem, drapanie w gardle, gluty - ale dzieci są w tym wszystkim biedniutkie, szczególnie pięciomiesięczny choca.
w ciepłym kraju człowiek się zapomina - a to wyjdzie bez szalika, a to bez czapki, a to sie spoci, a potem go przewieje, a poza tym wszyscy się smarkają i kichają, więc i my się natychmiast zarażamy. nic to, dziś piłam herbatkę z miodem i cytryną, jutro wyciągamy ciężką artylerię - mleko z miodem i czosnkiem. na randkę się nie wybieram, to mogę sobie śmierdzieć do woli.
(po ekranie laptoka zapiernicza mi mrówka. czego ona tu do jasnej anielki szuka?!)
życzę państwu miłej nocy - chark, chark.
skomentuj (1)
tytułem uzupełnienia chciałam dodać następujący szczegół do wczorajszej opowieści:
otóż przed wyjściem do domu nasza gosposia wpadła na genialny pomysł, żeby poprosić sąsiadów, żeby nam napełnili nasze dyżurne wiadro, w którym poziom wody obniżył się już poza połowę. poszła do strażników z domu obok, wraca po 10 minutach i relacjonuje:
- żeby napełnić cały zbiornik (czytelniku: 10m3!!! mnie to nawet do głowy nie przyszło!), to musieliby poprosić o zgodę pana domu, a on jest jeszcze w pracy. ale powiedzieli, że nam napełnia wiaderko i wszystkie miski, jakie w domu znajdziemy. i powiedzieli jeszcze, że robią to tylko ze względu na panią, bo pani jest miła. ale jakby mąż (maniek) poprosił, toby nie dali, bo on jest jakiś dziwny...
umówmy się, że jestem przekonana, że strażnicy nie użyli słowa "dziwny", gosposia użyła go w swojej relacji przez grzeczność...
dziwny niewidziwny, ważne że ja jestem miła i że po chwili przerzucili przez płot wąż ogrodowy i napełnili nam te nasze wiaderka, miski i garnki. za co im jestem głęboko wdzięczna, bo rzeczywiście nas poratowali w potrzebie.
skomentuj (3)